Felusia kupiłyśmy dopiero rok później. Ogłoszenie znalazłyśmy w Czechach. Okazało się, że to nie daleko w niejakich Hraběšicach. Po rozmowie z hodowcą wsiadłyśmy w piękny, słoneczny, jesienny dzień do samochodu i w niedługim czasie znalazłyśmy się w przepięknej miejscowości w górach. Szukając adresu zapytałyśmy tubylców sączących złociste czeskie piwo o wskazówki. Z wyrazu twarzy naszych rozmówców wyczytałyśmy zapowiedź nadchodzących kłopotów. Rozmowa telefoniczna z hodowcą potwierdziła naszą beznadziejną sytuacje. Okazało się, że miejscowość w której mieszka hodowca to nie Hraběšice tylko Hrabětice w okręg Znojmo mniej więcej 300 km na południe od Hraběšic. Słońce zbladło, góry też zaczęły wydawać się bardziej ponure. Wpadłyśmy w rozpacz, ale wizja pięknego partnera dla naszej Zuzi zmotywowały do ryzyka i dalszej podróży. Późnym wieczorem dotarłyśmy na miejsce. Nasz wymarzony ptaszek okazał się być nie koniecznie rasy janday (ognistobrzucha). Dzięki telefonom znalazłyśmy w okolicy kolejnego hodowce. Na nasze nieszczęście komórka i GPS siadły... Wbrew pozorom nasze języki nie są podobne, a próby jakiejkolwiek komunikacji spełzły na niczym. Uratował nas kierowca tira z Polski. Dotarłyśmy szczęśliwie na miejsce, a ptaszek okazał się również właściwy. Po usłyszeniu naszej historii odnaleźliśmy jednak wspólną płaszczyznę porozumienia. Nasz hodowca częściowo rozumiejący j. Polski skomentował to jednym wyrażeniem „O kur...” dzięki czemu poczułyśmy prawdziwą więź między naszymi narodami. Na szczęście ptaszek okazał bardzo sympatyczny i na dzień dobry prawie odgryzł palec i to był Feluś ;]
Jego pierwsze zdjęcie:
W porównaniu z naszą piękną Zuzią nasz triumf zdobywców zrzedł:
Feluś nie prezentował się najlepiej.
Miałyśmy wątpliwości czy Feluś kiedykolwiek dorówna urodą Zuzi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz